SKORO INNI MAJĄ GORZEJ – PORÓWNYWANIE SIĘ Z INNYMI

Tak często się zdarza, że trudno jest iść do sukcesu (czymkolwiek on jest dla Ciebie), spokoju finansowego i radości, gdy inni mają gorzej lub cierpią.

Rodzice, przyjaciele, partner_ka, społeczność, inny naród, zmarli, cierpiący obok.

Z powodu wyrzutów sumienia, troski, niepokoju o odrzucenie i zazdrość, z obawy przed utratą miłości albo z powodu chęci osiągnięcia sukcesu „tylko razem albo wcale”, można utknąć w niemocy na długo.

I jakże często się zdarza, że jest to poza świadomością. Tymczasem energetyczna dynamika działa. Więzi systemu rodzinnego, pole miłości rodziny i serce nie chcą zostawić/pozwolić na wykluczenie czy zapomnienie tych, do których miłości tęsknimy.

To jest ciężar. To uczucie odpowiedzialności i nieświadome upodabnianie się. Powielanie losu. I są tam często podskórne przekonania:


Gdy będę miał/miała więcej, utracę ich miłość.
Gdy osiągnę sukces, zbyt wiele nas poróżni.
Jak mogę się cieszyć pieniędzmi i relacją, gdy oni nie umieli.
Gdy osiągnę sukces, będę sam_a.

Jednak prawda jest taka, że solidaryzowanie się z nieszczęściem innych poprzez niesięganie po „swoje więcej” mnoży nieszczęście. Nikomu nie pomaga.

Niesięganie, bo inni mają źle to nie jest błąd rozumu! Tu nie ma winy po żadnej ze stron… To są głębokie i płynące z empatycznego serca uczucia, strategie i przekonania, które pozwalają nam zachować ważne więzi albo zespolić system rodziny albo pozostać w lekkich uczuciach ze strony innych osób. Intencja serca jest czysta, nie mniej skutek jest odwrotny od zamierzonego. Jesteśmy równie nieszczęśliwi jak ci, od których nie potrafimy energetycznie odejść.

❤️

Ale jest inna droga. Twoja droga. I ona nie wyklucza miłości. Jest wyzwaniem sięgnięcia po moc i mądrość. I Twoją wyjątkową w całym Wszechświecie oryginalność.

Kocham Cię i teraz pójdę swoją drogą. Życzę Ci szczęścia.
Kocham Cię i od teraz będę sobą.
Kocham Cię i sięgam po sukces.
Przyjmuję lęk na progu mojej nowej podróży.
Wzmacniam w sobie odwagę na swojej drodze.

I to jest uzdrowienie dziecięcego serca, które chciało pomóc, które chciało ratować i być blisko tych, którzy cierpią „mimo wszystko”. I bało się odejść. To takie ludzkie i uniwersalne.

Możesz osiągnąć sukces. Zasługujesz na szczęście. Zasługujesz na spokój.

A poniżej mój kot, Usul, kochany egoista, który zawsze chodzi swoimi drogami i szuka przyjemności tylko dla siebie. Dużo się od niego uczę. 

UZDRAWIANIE SIEBIE A NIEUNIKNIONA CIEMNOŚĆ/ZŁO/CIERPIENIE/ŚMIERĆ

Pamiętam, jak bardzo poruszyła mnie historia/legenda/relacja z życia Buddy, gdy byłam w szkole podstawowej. Oglądałam film z Keanu Reeves „Mały Budda” Bertolucciego, w którym Keanu-Budda wychodził z pałacu i przekonywał się, że istnieją bieda, choroba, śmierć, cierpienie. I był w szoku.

I tak sobie myślę, że często mamy w sobie ten pałac, przestrzeń, część, która myśli, że hej! mnie zło ominie!, ja się mu wymknę! I za murem pałacu jest ten moment życiowy/ doświadczenie, w którym boleśnie zderzamy się z tym, co nieuniknione. Jeśli nie w nas, bo akurat jesteśmy zdrowi, szczęśliwi, to u bliskich (śmierć, choroba, straty). A ostatecznie wszyscy staniemy przed perspektywą starości i/lub śmierci.

Jak bardzo chcemy wierzyć w złote metody, ścieżki ku szczęściu, lekarstwa, które na zawsze odsuną od nas ból? Jak bardzo chcemy mieć wszystko pod kontrolą?

Niedawno oglądałam przekazy z Kronik Akaszy Matiasa de Stefano w filmie na Gaia.com, w którym opisuje on strukturę świata (bardzo polecam, bo jest to holistyczna i prosto opisana seria przekazów – dobrze zwizualizowana, robiąca duże wrażenie) i Matias mówi tam o Samsarze, o kole materii, które, gdy już zataczamy krąg i dopełniamy w doświadczeniu pełne 360stopni, to punkt początkowy przesuwa się o stopień w prawo, tym samym uniemożliwiając nam pełny obrót. Więc znowu zataczamy krąg, ale okręg znowu się przesuwa. W ten sposób nigdy nie dopełniamy całości, ale cały czas kroczymy do przodu. Zgodnie z tym przekazem – nigdy nie osiągamy w tym wymiarze pełni doskonałości. Lucyferyczna niedoskonałość umożliwiająca ciągły rozwój, nigdy pełnię. W buddyzmie to jest obrazowane wozem, na którym jedziemy, posuwamy się naprzód, ale jedno koło zawsze turkocze. 😁 

Lucyferyczna materia zawsze wyrywa nam z rąk ten ideał, o którym marzymy, ale jednocześnie nigdy nie zastaliśmy go, gdyż trudno jest nam sobie wyobrazić nieskończoność w idealnym świecie. I tak już po prostu jest na tym świecie – jak mówią mędrcy np. buddyści, choć czasami potrzebujemy powalczyć i znaleźć swój własny wyjątek od tej reguły. Co oznacza w praktyce, że nigdy się nie przepracujemy psychologicznie, nigdy nie uzdrowimy, nigdy nie będziemy nieśmiertelni, wiecznie bogaci i młodzi. Zmiana jest nieunikniona. Są tylko chwile ukojenia, chwile spełnienia, które poprzedzają kolejne impulsy do działania, zmiany, ruchu.

W długoletniej praktyce „pracy nad sobą” istnieje podobna pułapka – często w procesie terapii dochodzi się do punktu rozczarowania, gdy „ciągle coś” wychodzi i proces samodoskonalenia siebie samej/ego i swojego życia nigdy się nie zakończy. Zaczynamy sobie uświadamiać, że dotychczas nieświadomie dążyliśmy do całkowitego końca cierpienia, które o dziwo nie następuje.

Momentem spotkania z przemijaniem jest moment uświadomienia sobie braku wiecznej przyjemności i wiecznego niezmiennego w kształcie szczęścia.

I to oznacza też, że recepty na stałe i w 100% skuteczne uzdrowienia nie istnieją.

To po co iść na terapię? Po co korzystać z usług ezoterycznych? Po co dążyć do oświecenia poprzez medytacje?

Czasem myślę, że między innymi po to, żeby w tej drodze na hałaśliwym wozie nie być samej/samemu albo po to, żeby mniej się tym zepsutym kołem martwić/ złościć i nie udawać, że go nie ma. A może w rytm tego turkotania śpiewać swoją piosenkę? Dla otuchy, dla lepszego zrozumienia, dla głębszego czucia swojej różnorodności. Dla poznania strategii, jak lepiej reagować, gdy jest trudno…

Autor grafiki: Kreskonauta