DEPRESJA TO NIE EMOCJE, TO BRAK PEŁNEGO DOSTĘPU DO EMOCJI

„Pscyhoterapeuci od dawna wiedzą, że skłonienie pacjenta do płaczu lub wyrażenia gniewu przełamuje uścisk reakcji depresyjnej. Płacz jest bardziej adekwatną reakcją, ponieważ depresja wiąże się z poczuciem utraty. Freud, który badał poważniejsze formy depresji, nazywane przez niego melancholią, uważał, że wywołuje ją zakaz wyrażania żalu. W niektórych przypadkach żal ten wiąże się z utratą ważnego przedmiotu miłości, do której doszło we wczesnym okresie życia. Późniejsi psychoanalitycy widzieli źródło depresji w tłumieniu gniewu spowodowanego utratą kogoś kochanego. Z moich obserwacji wynika, że nie ma większego znaczenia, o jaką emocję chodzi. W wielu przypadkach pacjenta wydobywa z depresyjnego nastroju wyrażenie jakiejkolwiek emocji.

Skoro depresja jest skutkiem tłumienia emocji, nie można jej uważać za jedną z nich. Oznacza brak emocji, więc sama nie jest emocją. Nie można 'czuć’ depresji i nie należy jej mylić z prawdziwymi uczuciami, takimi jak chandra, która jest stanem łączącym smutek z poczuciem osamotnienia. Uczucia i emocje to reakcja organizmu na wydarzenia zachodzące w jego otoczeniu, depresja zaś to brak reakcji. Uczucia zmieniają sie, gdy zmienia się sytuacja zewnętrzna, wywołując inną niż dotąd reakcje organizmy. Odpowiednie towarzystwo może na przykład wyrwać kogoś z chandry; osoba w depresji pozostanie niewzruszona.”

„Depresja i ciało. Biologiczne podstawy wiary i poczucia rzeczywistości” – Alexander Lowen

Zdjęcie: USGS (unsplash)

EMOCJA POTENCJAŁEM I TROPEM

Emocje to adekwatna reakcja na otoczenie i/lub zapis historii z przeszłości.

Gdy w życiu pojawia się coś trudnego albo nowego, pojawia się w nas emocja, najczęściej trudna. I to ta emocja jest pomostem do akcji lub historii z potencjałem uzdrowienia.

Emocja to zapis historii lub informacja, jak się mam z tym, co się dzieje. Nić Ariadny do sedna.

Dusza przeżywa swoje losy i przytrafiają się jej różne historie, ale przeważnie szuka równowagi między dobrem i złem, między szczęściem i nieszczęściem, między stymulacją i nudą itd.

Gdy dusza formuje się w ciało, dzieje się to w rodzinie, która odpowiada jej dziejom duszy i potrzebie równowagi. Innymi słowy rodzina podaruje genetycznie takiemu ciału dokładnie takie tło, jakiego potrzebuje. Rodzice takiej Istoty wychowają je zgodnie z tymi potrzebami.

Zatem jeśli dusza potrzebuje przeżyć np. radość, wrodzi się w rodzinę, w której będzie miała okazję w pełni przeżyć między innymi tę emocję. Jeśli na przykład potrzebuje bycia ofiarą, zadziewają się sytuacje nadużycia.

Powyższe myślenie zawiera teleologiczne twierdzenia w duchu New Age. Może być jednak tak, że klucz trafia do zamka, a rzeka spływa po zboczu tam, gdzie jej łatwiej, nie zatrzymując się na przeszkodach.

Tak już jest.

Na poziomie ludzkiej percepcji jest wina, odpowiedzialność, niewinność, pomoc.

Na poziomie emocji – dużo przeżyć i osobowość, która się uczy.

Na poziomie rodu – historie, które programują działanie potomków.

Jeśli emocja jest czymś więcej niż reakcją na sytuację zewnętrzną, a więc przychodzi „jakby znikąd”, wskazuje ona na to, że jest jakiś przeszły temat. A do nas należy decyzja, czy chcemy tę emocję przepuścić przez siebie i intencjonalnie zajrzeć w ten temat.

Są więc co najmniej 3 poziomy historii i ich uzdrowienia:

  • dzieciństwa – np. terapia, praca z wewnętrznym dzieckiem, bliska rozmowa z przyjacielem, intymność relacji miłosnej
  • rodu – np. ustawienia systemowe metodą Berta Hellingera
  • dalekich rodowych pamięci (zwanych wcieleniami) – rytualna praca i wgląd, intencjonalne żegnanie i odsyłanie do światła (dzięki np. informacjom z kronik Akaszy, metod jest wiele)

(niektórzy do powyższej listy dodają światy równoległe i inne linie czasowe)

Czasem wystarczy przepuścić emocję i nie musimy wiedzieć, co się wydarzyło. Zdarza się, że bardzo chcemy „przepuścić taką emocję, ale dochodzi do blokady. Gdy pojawia się taki opór w jej przepuszczeniu – dobrze się wesprzeć na kimś, kto trzyma przestrzeń, pomoże zrozumieć umysłowi, pomoże w tym, żeby przekroczyć granicę kontroli. Czasem emocje są przerażające dla potrzeby kontroli.

Coraz więcej osób na świecie jest gotowych uzdrawiać kwantowo, skracając czas emocji. Jednak czasem jest tak, że umysł i ciało potrzebują nadążyć i dożyć dane doświadczenie.

Czasem potrzebne jest także nazwanie, zrozumienie, połączenie czucia z myślą i słowami.

Zdjęcie: Kat J (unsplash.com)

MĄDROŚĆ (NIE)ZMIENIANIA SIEBIE

„To nie jest żaden plan zbawienia, nie chodzi o to, byśmy starali się stać lepszymi, niż jesteśmy. (…)

Otóż, po pierwsze, chęć zmieniania siebie jest zasadniczo formą autoagresji. Po drugie, tak się składa – szczęśliwie czy nie – że w naszych słabościach jednocześnie zawiera się nasza wspaniałość. Nasze neurozy i nasza mądrość są utkane z tej samej materii.”

Pema Chödrön – „Mądrość nieuciekania”

Jeśli chcesz się zmienić, to jest ok. Zanim jednak zabierzesz się za reperacje… zapraszam Cię do zobaczenia tego, dlaczego chcesz się zmienić i dla czego/kogo nie chcesz już być taki, jak teraz.

Czasami chęć zmiany jest sposobem na odcięcie się od części siebie. Czasami jest chęcią dopasowania się do innych/sytuacji, bo wydaje nam się, że inaczej nie da się żyć.

Czasami jednak pragnienie zmiany jest chęcią powrotu do siebie i pragnieniem, by właśnie porzucić maski i przestać udawać być tym, kim się nie jest. Dla dobra sprawy. Dla pieniędzy. Dla innych.

Zdjęcie: Henry and Co., unsplash.com

KRYTYK WEWNĘTRZNY

Krytyczne myśli o sobie samym czasem nie pozwalają nam ruszyć z miejsca i oddalają nas od spokoju i harmonii. Oddzielają od miłości do siebie.

Pierwszy trop. Czasem krytyk wewnętrzny przejawia się w krytykowaniu osób/sytuacji na zewnątrz. Krytykujemy innych za to, że robią coś niedoskonale lub postępują w niewłaściwy dla sytuacji i oczekiwań sposób. Gdy jednak przyjrzeć się temu dokładniej – często krytykujemy innych tak samo, jak siebie samych w swoim umyśle.

Drugi trop. Krytykowanie siebie samego/samej za krytykowanie to już za dużo. Pragnę jednak podsunąć pewną hipotezę – czasem krytykowanie innych może być objawem nieuznania pewnych jakości w sobie. Innymi słowy – to, co krytykujemy w innych, jest nieprzyjęte przez nas w sobie. W ten sposób projektujemy na zewnątrz negatywne ocenianie niektórych jakości, które najczęściej też posiadamy, ale upychamy je w sobie zdala od własnych i cudzych oczu. Tak łatwiej. To jak nieświadome posiadanie listy tego, co lubimy i tego, czego nie lubimy, a to, czego nie lubimy, łatwiej zobaczyć w innych.

Często jest tak, że krytykowane przez nas zachowania innych mogą nam dużo powiedzieć o tym, czego w sobie nie obejmujemy empatią i czułym zrozumieniem.

Nie tyle chodzi o to, żeby przestać krytykować. To niemożliwe i niepotrzebne. Chcę Cię raczej zaprosić do przyglądania się temu, co:

  • myślimy o sobie i swoich zachowaniach
  • wypowiadamy na swój temat
  • myślimy o innych
  • mówimy, gdy plotkujemy o innych
  • krytykujemy jawnie, feedbackując innych.

W pewnym sensie – wszystko jest w nas i o nas.

Preferowanie jednych jakości nad innymi to właściwość ludzkiej percepcji. Ocenianie i wartościowanie jest rodzajem filtra.

Jest natomiast możliwe, żeby wpływać na hierarchie w swoim mentalnym świecie poprzez przytulanie w sobie kolejnych trudnych kawałków. Celem takiej strategii jest stworzenie sobie wewnętrznego świata na kształt zbioru różnych jakości – niczym wielobarwnej tęczy. W takiej tęczy każdy kolor jest potrzebny, żaden nie jest lepszy od drugiego.

W pracy na sesjach możemy się przyjrzeć Twojemu krytykowi i temu, co i jak oceniasz. Możemy dostrzec istotę i pochodzenie krytyki, odnaleźć leżące pod nią skarby i tęsknoty, Twoje marzenia i trudne kawałki.

Zdjęcie: Johannes Plenio, unsplash.com

NIEOCZEKIWANE ROZWIĄZANIA – PRACA ZE SNAMI (PODŚWIADOMOŚĆ WIE NAJLEPIEJ)

„Podejmując wysiłek zmiany napotykamy dwa podstawowe problemy. Pierwszym jest nasza wiedza i stosunek do różnych części nas samych. Wierzymy w demokrację, tylko na zewnątrz. Wewnątrz natomiast dyskryminujemy wszystkie nasze dziecięce części, takie jak nienawiść, zazdrość, egotyzm, seksualizm czy ambicja. Potępiamy je i tłumimy. Musimy jednak pamiętać, że każda część odłączona od nas teraz, uderzy w nas później, występując przeciwko ustalonemu porządkowi. Każde tzw. zło wypchnięte z procesu pierwotnego (tego, co świadome i z czym pragniemy się utożsamiać) w końcu zaskoczy nas i opanuje, zakłócając relacje z innymi. Jeżeli nie jesteśmy otwarci na wszystkie części nas samych, nie będziemy w stanie ich zmienić, a wtedy one zmienią nas! Zawładną nami tak, jak obalony niegdyś tyran opanowuje z z powrotem swój kraj. Brak otwartości w stosunku do wszystkich części nas samych w nieunikniony sposób prowadzi do wojny (…) To, że bywamy dziecinni, uczuciowi, zazdrośni czy zranieni należy lub przynajmniej powinno należeć do obrazu nas samych.

Innym niezwykle ważnym czynnikiem, który wiąże się z przeprowadzeniem procesu zmiany, są nasze przekonania, sposób, w jaki spostrzegamy świat, a także uczucia, które do świata żywimy. Czynnik ten nazywam problemem postawy terapeuty. Jest to problem zarówno religijny, jak i naukowy.

(…)

Najistotniejszą zasadą jest to, by nie wtrącać się w sprawy natury. Pamiętam mężczyznę żonatego z alkoholiczką, która go biła, ubliżała mu przy ludziach i gorąco nienawidziła. Skarżył się na swoją sytuację, więc oczywiście poradziłem mu, aby stanął do walki o swoje prawa. Nie dowierzałem sobie jednak, więc poprosiłem go, by – zanim skorzysta z mojej dobrej rady – opowiedział mi swoje sny. Powiedział, że często śni mu się, iż powinien być bierny i nie rozpoczynać walki z żoną!

Minęło wiele tygodni. Mąż, wierny swoim snom, nie okazywał agresji wobec żony. Pewnego dnia, pijana żona przypadkowo spowodowała pożar domu i zginęła w płomieniach. Okazało się (o czym mąż nie wiedział), że posiadała dużą sumę pieniędzy, którą odziedziczył. Wkrótce potem ożenił się ponownie i żył odtąd mniej lub bardziej szczęśliwie! Z historii tej płynie następujący morał: nikt nawet wykształcony i zdolny psycholog, nie zna zrządzeń losu. Zadaniem terapeuty jest nie tylko udzielenie rad, ale także uświadomienie nieświadomego i wiara w to, że życie dokona reszty.”

(cytat: Arnold Mindell – „Śniące ciało w związkach”)

Zauważanie nieświadomego. Wychwytywanie tego, co z zasłyszanego od innych przyjmujesz za swoje. Dostrzeganie swoich indywidualnych potrzeb, ścieżki losu i właściwych tylko dla siebie rozwiązań. Pomaganie w ujrzeniu tego, co nieoczywiste, niekoniecznie zbieżne z uniwersalnymi poradami psychologicznymi i coachingowymi. Nasze dusze mają fenomenalne pomysły na szczęście dla siebie. Czasem są one zupełnie spoza rozumu.

Zdjęcie: Derick McKinney (unsplash.com)

ROSYJSKI SZAMANIZM WG JACKA HUGO-BADER’A

Moje ulubione cytaty z książki „Szamańska Choroba” Jacka Hugo-Bader’a:

„Każdy szaman ma swoją własną drogę do szamaństwa, każdy na swój sposób przechodzi szamańską chorobę. To może być choroba ciała, choroba psychiczna albo duszy, a więc jakaś magiczna przemiana, do której doprowadza pogmatwane życie, sytuacja bez wyjścia, tragiczna. Straszna po prostu. Nawet alkoholizm może być szamańską chorobą, doświadczenie więzienne, wojna, śmierć bliskich, narkotyki… Nieważne, co to jest, ważne, żeby było intensywne. I żeby bolało. Każdy jakoś jest doświadczany, poddawany próbie, przymuszany przez duchy, los czy też przeznaczenie, aby wstąpił na tę drogę. Potem duchy otwierają mu trzecie oko, którym można spojrzeć albo w głowę innego człowieka, w jego myśli albo w inne światy. Te obok nas, równoległe, w których mieszkają nieziemskie istoty. Są szamani, którzy popatrzą na człowieka i od razu wszystko o nim wiedzą, znają jego przeszłość i przyszłość, ale nawet dla nich nie jest to żaden dar, tylko przekleństwo.”

🌿

„Szamańskiej rodzinie dawany jest tylko jeden dar, który może przechodzić na wnuka, córkę, syna, siostrę albo brata, ale nawet więzy krwi nie ratują następcy od choroby szamanskiej. Swoje musi przejść. Przecierpieć.”

🌿

„Potrzebowałem miesiąca, żeby to zrozumieć. Żeby nie chcieć za dużo, nie szarpać się, nie napinać, nie walczyć, nie wypruwać żył, nie gnać na złamanie karku, niczego nie robić na siłę i za wszelką cenę. Dotarło to do mnie dopiero tutaj, na Ałtaju. Potrzebny był miesiąc, żeby zwyczajny człowiek z Europy zrozumiał, co to znaczy, że droga sama prowadzi. W miejsca, które są dla ciebie otwarte. Gdzie masz być, a te, które są dla ciebie zamknięte, to choćbyś się oblał benzyną i podpalił, to i tak tam nie dotrzesz.”

🌿

„Ale nim dotarli do przełęczy, Daniił orientuje się, że idą na zatracenie, przychodzi bardzo gwałtowne załamanie pogody. Zrywa się lodowata burza śnieżna, do tego mróz, wichura, a na rozbicie namiotów nie ma miejsca, czasu ani siły. Daniił zbija dzieciaki w gromadki i owija w płachty namiotów, jak może, podtrzymuje je na duchu, żeby przetrwały jakoś do rana, ale przecież wie, że na tej wysokości pogoda nie poprawi się pewnie przez wiele dni, a już następnej nocy dzieci zaczną umierać z wychłodzenia jedno po drugim. – Sytuacja bez wyjścia – opowiada Daniił – ani do przodu ani do tyłu, kończy się jedzenie, nie ma czego pić. Zrywam się o czwartej nad ranem, brnę w zadymce na przełęcz i padam na kolana. Do tego dnia żyłem jak zwykły chłopak zapatrzony w ideały wielkiego października, kosmomolec, sekretarz organizacji partyjnej na moim roku, absolutny ateista… Po prostu czterdziestoletni człowiek radziecki, chociaż Ałtajec, a teraz padam na kolana i zaczynam się modlić. Pierwszy raz w życiu, do tego w moim języku, a nie po rusku, do moich duchów i duchów tego miejsca, tej przełęczy, gór, całego Ałtaju… I nagle czuję wielkie ciepło płynące z ziemi do moich kolan, bioder, piersi i wyżej, chociaż wszędzie śnieg i mróz, a ta straszna czarna kopuła burzowych chmur nad moją głową gwałtownie się rozstępuje. Po prostu jak na filmie, robi się widno, jakby ktoś chwycił kotarę i gwałtownym ruchem odsłonił okno albo scenę. Huragan odlatuje w stronę królewskiej góry Biełuchy, a chwilę później pojawia się słonce.Byli uratowani. W pół dnia przewaliło się na drugą stronę przełęczy i zeszli do doliny.Tak Daniił narodził się jako szaman. – I zrozumiałem, co to jest siła modlitwy. Modlitwy czystego serca! A czyste serce masz tylko wtedy, kiedy grozi ci śmierć. Bo modlitwa musi mieć moc, żeby cię duchy usłyszały – mówi Daniłł. – Przecież to kiedyś byli normalni ludzie, mogą nie słyszeć, bo harmider wokół nich okropny, wszyscy gadają, czegoś chcą, proszą, jęczą, zrzędzą.. Ale jak w słowach będzie moc, na pewno zwrócą na ciebie uwagę.”

🌿

„Andriej twierdzi, że nawet najpodlejsze ludzkie życie ma więcej smaku niż życie duchów. Bogów nawet. Bo będąc tylko ludźmi, możemy jednak popatrzeć, posłuchać, powąchać, posmakować, dotknąć… Kochamy się, śmiejemy, płaczemy, odczuwamy gorycz, utratę, szczęście… Czujemy! A w górnym i dolnym świecie nie ma tego wszystkiego. Tam jest bez emocji. Bogowie nie przeżywają, nie cierpią, a więc i nie kochają. Nie są szczęśliwi. Ale i nie nieszczęśliwi.- Co ty pleciesz?! – protestuję. – Opowiadasz o bogach jak o sztucznej inteligencji.- Jak wchodzę w anganalny trans, wpuszczam w siebie ducha. to patrzę na te wszystkie istoty, rozmawiam z nimi i widzę, że one nie rozumieją emocji – wyjaśnia szaman Andriej. – Nie wiedzą, dlaczego ten człowiek płacze, dlaczego się śmieje, jest szczęśliwy. Oni nie rozumieją, co my czujemy. Szaman im musi wszystko tłumaczyć. A potem tłumaczy człowiekowi ich przekaz.”

(„Szamańska choroba” – Jacek Hugo-Bader. Autor w tym reportażu zawarł zwierzenia i spotkania z szamanami Rosji – południowo-wschodnia Rosja, głównie przy granicy z Mongolią)

„BÓJ SIĘ I RÓB” ORAZ „PORADŹ SOBIE ZE STRESEM”, CZYLI SPOSÓB NA TO, JAK PRZESTAĆ SŁUCHAĆ SIEBIE

„BÓJ SIĘ I RÓB” ORAZ RADZENIE SOBIE ZE STRESEM to najszybsze sposoby na to, żeby przestać słuchać siebie. Od wczesnych lat szkolnych edukacja i kapitalizm oparty o ideę wzrostu i wszelkie „coraz więcej” uczą nas, że życie bez stresu jest niemożliwe. Uczy się nas, jak ignorować lęk i nie słuchać go. Bać się i działać mimo to. Nic dziwnego. System szkolny i większość prac, które wykonujemy są stresujące. Bez uczniów i pracowników wykonujących to, czego się od nich oczekuje, system by padł. Mówię tu o stresie powodowanym przez to, jak działamy i jakich „wyzwań” się podejmujemy, czując, że „nie ma przecież innej drogi”. Wielu z nas poddaje się treningowi i walczy o najlepsze oceny, najlepiej zdane matury, najlepsze uczelnie, najwyżej płatne prace, awanse, podwyżki, zagraniczne wakacje, własne mieszkania, większe mieszkania, domy, domki za miastem, większą popularność, oryginalność, wyróżnienie się, …

Ale… Czy rzeczywiście życie bez stresu jest niemożliwe? I nie mówię tu o naturalnych, wiecznych, losowych sytuacjach, jak śmierć bliskiej osoby, śmiertelne/chroniczne choroby nasze lub bliskich, dotkliwe straty i rozstania. W końcu są to przemyślenia człowieka Zachodu w dniach pokoju.

Mówię o stresie, który wybieramy, podążając za ambicjami i marzeniami, które niekoniecznie wynikają z naszego serca, ale właśnie z ambicjonalnego głosu tzw. superego, opartego o „muszę”, „bez tego będę nikim”, „bez tego moje życie nie będzie nic warte”…

A ciało do nas mówi. I lęk do nas mówi. Często mówią, że tego nie chcą. Mówią do nas napięciami, chorobami, mandatami za przekroczoną prędkość, wypaleniem zawodowym, niechęcią do życia, depresją.

Gdy jedna Twoja cześć bardzo czegoś chce, a inna bardzo się boi, pijesz kawę, sięgasz po cukier i używki, czasem leki psychotropowe, idziesz na kolejną imprezę w piątek. To są Bogu ducha winni i skuteczni towarzysze, którzy dają wytchnienie w sytuacjach stresu, bo przecież decydujesz się nie słuchać lęku i sięgać po swoje plany.

Często mówi się, że stres i lęk są atawistyczną, czyli jakby nieadekwatną, jak kość ogonowa, reakcją na zagrożenie. Bo przecież jaskiniowcy, spotykając w lesie zagrażające zwierzę, uciekali, więc potrzebowali wyrzutu adrenaliny. Uciekali. A dlaczego my przestaliśmy uciekać i udajemy, że to, co wybieramy jest wyzwaniem, a nie zagrożeniem, ze stresem trzeba sobie radzić? Dlaczego zaczęliśmy przekłamywać to, czego doświadczamy?

LĘK MOŻE BYĆ INFORMACJĄ, ŻE COŚ JEST NIE TAK, A TA DROGA, MIEJSCE LUB LUDZIE NIE SĄ DLA CIEBIE. POTRZEBUJEMY PRZESTAĆ TRAKTOWAĆ LĘK I STRES JAKO PROBLEM SAM W SOBIE. POTRZEBUJEMY ZACZĄĆ SŁUCHAĆ LĘKU JAK PRZYJACIELA. NAUCZYĆ SIĘ Z NIM BYĆ, BEZ DALSZEGO SIĘ TRIGGEROWANIA.

Proponuję Ci eksperyment – przyjrzyj się, proszę, obszarom/działaniom/ projektom w Twoim życiu i zobacz, które Cię stresują. Jaki głos namawia Cię, żeby przy nich trwać? Co każe Ci nie słuchać głosu lęku? Wokół których z nich pojawia się najwięcej sięgania po chwile wytchnienia zmieniające stan świadomości (np.używki)?

Większość z nas, mieszkańców Zachodu, skutecznie zinternalizowała kapitalizm i często płynie on w naszych żyłach. Ale serce, gdy oczyścić je z krwi, jest białe. Świetliste. Chce tego, co sprawia radość, relaksuje i daje szczęście.

Z miłością. ❤️

zdjęcie: unpsplash.com

RANA UPOKORZENIA I BYCIE SAMYM/SAMĄ DLA SIEBIE OPRAWCZYNIĄ/OPRAWCĄ

Często spotykam na swojej drodze Klientów z doświadczeniami przemocy fizycznej i psychicznej w dzieciństwie. Bardzo mnie porusza towarzyszenie im w drodze uzdrowienia i pokochania siebie. Uzdrowienia ran, na ile to możliwe na dany moment. Rana upokorzenia jest szczególna.

Spotkałam się kiedyś z poglądem, że głębokich dziecięcych ran nie da się zapomnieć, uzdrowić w pełni. Można jedynie spotykać się z nimi w różnych odsłonach i uczyć się zadbać o siebie w tu i teraz, w kontekście tego, co było. Być może to prawda. Rany te bowiem odnawiają się od czasu do czasu, w różnych odsłonach. Nie znaczy to, że nie warto, jeśli to konieczne, intencjonalnie podejmować akcji w celu ich uzdrowienia. To jest droga, która ma cel na horyzoncie. Być może nigdy się tam nie dojdzie, ale warto patrzeć na ten horyzont i w razie możliwości robić kolejne kroki.

To często są graniczne doświadczenia, z którymi jako dziecko nie byli w stanie sobie poradzić bez wsparcia dorosłych. Latami zmuszeni byli funkcjonować w trójkącie oprawcy, ofiary (rodziców) i ratownika, będąc wrzucanym w jedną z tych ról w związku miłosnym miejscu pracy itp. (i to powtarzanie sytuacji traumatycznej zazwyczaj jest powodem szukania pomocy) …

Są to często osoby, które w dorosłości same nie chcą stosować przemocy. Wychowują dzieci bez przemocy, dobrze funkcjonują zawodowo i budują w swoim odczuciu mniej lub bardziej udane relacje miłosne.

Przez wiele lat mają poczucie wybaczenia swoim rodzicom doznanych krzywd. Sytuację z dzieciństwa uważają za przepracowaną lub niemającą wpływu na nich teraz. Nie potrafią złościć się na swoich rodziców albo w ogóle złościć, a w trudnych momentach przejmuje ich silna złość, której nie potrafią sobie wybaczyć. Często też postrzegają samych/same siebie jako silne i sprawcze osoby dobrze radzące sobie z życiem.

rana upokorzenia
Fotografia: pixabay.com/unsplash.com

Co jednak pozostaje/pojawia się trudnego, to:

zaburzenia odżywiania (przejadanie się i/lub drakońskie diety/posty)

– wybuchy gniewu, okresy depresyjne, silny lęk

– uczucie wewnętrznego cierpienia, brak sensu życia, brak celu i umiejętności bycia szczęśliwym- bycie bardziej dla innych niż dla siebie, branie odpowiedzialności za emocje innych, odciążanie innych kosztem siebie i/lub kompulsywne uciekanie w towarzyskie sytuacje

– symptomy fizyczne (autoagresywne choroby układu immunologicznego, nowotwory)

– negatywne myśli i odczucia w stosunku do własnego ciała, brak kontaktu ze swoim wnętrzem i potrzebami ciała

– nienawiść do siebie i niska samoocena

– zmęczenie

– ucieczka w pracę i nadmierna ambicja

– ignorowanie własnych potrzeb/niewidzenie ich- poczucie wstydu wokół autentycznych potrzeb i bycia sobą przy innych

– nieświadome wybieranie pracy, która jest przekraczająca, stresująca i zawiera w sobie element relacji z mobbingującym przełożonym, na którego aprobatę „trzeba” zasłużyć- dążenie do bycia ideałem, nienawistne myśli i emocje do samego siebie, gdy się od niego odbiega

– poczucie wewnętrznego rozbicia na wiele subosobowości, w której łatwo dostrzec figury ofiary, oprawcy i ratownika

– samoobwinianie się

– nieumiejętność bycia słabym, proszenia o pomoc i odpoczywania.

Proces zdrowienia z rany upokorzenia

Proces zdrowienia i dostrzegania w sobie rany jest długi (zwłaszcza, gdy w grę wchodzi rana upokorzenia). Kontaktowanie się z wielokrotnie niewyrażonymi emocjami, głównie lękiem, smutkiem, złością i poczuciem osamotnienia jest ważnym początkiem. Kolejnym krokiem jest dostrzeżenie w sobie trzech figur, którymi bywa się wobec siebie i innych – ofiary, oprawcy i ratownika. To długie, poruszające serce wracanie do siebie, a następnie budowanie siebie na nowo. Powrót do wrażliwości i słuchania siebie. Zadbania o siebie.

Najbardziej istotne jest dostrzeżenie samoupokarzania się i budowanie poczucia bycia ważnym dla samego siebie, tak ważnym, jak może nigdy nie było się dla swoich opiekunów z dziecinstwa.

Jako dzieci przeważnie cierpimy nie ze względu na samo cierpienie, ale SAMOTNOŚĆ CIERPIENIA I BRAK WSPARCIA.

Nieprzyjęty wewnętrznie rodzic oprawca, z którym osoby z tą raną (rana upokorzenia) nie potrafią się zidentyfikować, najczęściej nieświadomie upokarzają siebie we własnej przestrzeni mentalnej – dochodzi do powstania subosobowości (silnego krytyka wewnętrznego) lub/i symptomów i chorób, których ofiarą się czują. Krytyk czy choroba stają na miejscu oprawcy.

Trudne dzieciństwo jest trudnym doświadczeniem i powrót do niego nie oznacza słabości ani użalania się nad sobą. Powrót do trudnych momentów może pozwolić nam zobaczyć w sobie cierpienie i to, kim sami dla siebie się staliśmy. Oznacza większą samoświadomość i kojenie wewnętrznego dziecka, które czeka na opiekę i nie chce być dalej upokarzane dietą, perfekcjonizmem i krytykowaniem samego siebie, udawaniem, że nic się nie stało…

Jeśli mogę Cię wesprzeć w tej drodze, zapraszam do kontaktu w sesjach indywidualnych lub udziału w moich cyklicznych ustawieniach systemowych.

Gorąco polecam też książkę „Bądź sobą. Wylecz swoje 5 ran” – Lise Bourbeau.

Każdego dnia zapytaj siebie, co czułego dzisiaj mogę zrobić dla siebie.

Ps.: Poniżej utwór, w którym słowa pięknie zwracają się do naszego wewnętrznego dziecka.

Z miłością 

Ola Mazaraki

❤️

UZDRAWIANIE SIEBIE A NIEUNIKNIONA CIEMNOŚĆ/ZŁO/CIERPIENIE/ŚMIERĆ

Pamiętam, jak bardzo poruszyła mnie historia/legenda/relacja z życia Buddy, gdy byłam w szkole podstawowej. Oglądałam film z Keanu Reeves „Mały Budda” Bertolucciego, w którym Keanu-Budda wychodził z pałacu i przekonywał się, że istnieją bieda, choroba, śmierć, cierpienie. I był w szoku.

I tak sobie myślę, że często mamy w sobie ten pałac, przestrzeń, część, która myśli, że hej! mnie zło ominie!, ja się mu wymknę! I za murem pałacu jest ten moment życiowy/ doświadczenie, w którym boleśnie zderzamy się z tym, co nieuniknione. Jeśli nie w nas, bo akurat jesteśmy zdrowi, szczęśliwi, to u bliskich (śmierć, choroba, straty). A ostatecznie wszyscy staniemy przed perspektywą starości i/lub śmierci.

Jak bardzo chcemy wierzyć w złote metody, ścieżki ku szczęściu, lekarstwa, które na zawsze odsuną od nas ból? Jak bardzo chcemy mieć wszystko pod kontrolą?

Niedawno oglądałam przekazy z Kronik Akaszy Matiasa de Stefano w filmie na Gaia.com, w którym opisuje on strukturę świata (bardzo polecam, bo jest to holistyczna i prosto opisana seria przekazów – dobrze zwizualizowana, robiąca duże wrażenie) i Matias mówi tam o Samsarze, o kole materii, które, gdy już zataczamy krąg i dopełniamy w doświadczeniu pełne 360stopni, to punkt początkowy przesuwa się o stopień w prawo, tym samym uniemożliwiając nam pełny obrót. Więc znowu zataczamy krąg, ale okręg znowu się przesuwa. W ten sposób nigdy nie dopełniamy całości, ale cały czas kroczymy do przodu. Zgodnie z tym przekazem – nigdy nie osiągamy w tym wymiarze pełni doskonałości. Lucyferyczna niedoskonałość umożliwiająca ciągły rozwój, nigdy pełnię. W buddyzmie to jest obrazowane wozem, na którym jedziemy, posuwamy się naprzód, ale jedno koło zawsze turkocze. 😁 

Lucyferyczna materia zawsze wyrywa nam z rąk ten ideał, o którym marzymy, ale jednocześnie nigdy nie zastaliśmy go, gdyż trudno jest nam sobie wyobrazić nieskończoność w idealnym świecie. I tak już po prostu jest na tym świecie – jak mówią mędrcy np. buddyści, choć czasami potrzebujemy powalczyć i znaleźć swój własny wyjątek od tej reguły. Co oznacza w praktyce, że nigdy się nie przepracujemy psychologicznie, nigdy nie uzdrowimy, nigdy nie będziemy nieśmiertelni, wiecznie bogaci i młodzi. Zmiana jest nieunikniona. Są tylko chwile ukojenia, chwile spełnienia, które poprzedzają kolejne impulsy do działania, zmiany, ruchu.

W długoletniej praktyce „pracy nad sobą” istnieje podobna pułapka – często w procesie terapii dochodzi się do punktu rozczarowania, gdy „ciągle coś” wychodzi i proces samodoskonalenia siebie samej/ego i swojego życia nigdy się nie zakończy. Zaczynamy sobie uświadamiać, że dotychczas nieświadomie dążyliśmy do całkowitego końca cierpienia, które o dziwo nie następuje.

Momentem spotkania z przemijaniem jest moment uświadomienia sobie braku wiecznej przyjemności i wiecznego niezmiennego w kształcie szczęścia.

I to oznacza też, że recepty na stałe i w 100% skuteczne uzdrowienia nie istnieją.

To po co iść na terapię? Po co korzystać z usług ezoterycznych? Po co dążyć do oświecenia poprzez medytacje?

Czasem myślę, że między innymi po to, żeby w tej drodze na hałaśliwym wozie nie być samej/samemu albo po to, żeby mniej się tym zepsutym kołem martwić/ złościć i nie udawać, że go nie ma. A może w rytm tego turkotania śpiewać swoją piosenkę? Dla otuchy, dla lepszego zrozumienia, dla głębszego czucia swojej różnorodności. Dla poznania strategii, jak lepiej reagować, gdy jest trudno…

Autor grafiki: Kreskonauta